Tawerna Kapitańska – wow!

Do Ani i Tomka Strażyńskich wybierałem się jak przysłowiowa sójka za morze. Ze dwa lata chyba zeszło, aż w końcu przyszedł ten moment. Wsiadłem do pociągu w Poznaniu i ściśnięty jak sardynka w puszcze dojechałem do Oławy. Tam piękny bus z sympatycznym kierowcą czekał na mnie pod dworcem. Chwila, moment i zaokrętowałem w Tawernie, gdzie z każdego kąta skrzypi historią, gdzie serwis zawsze się uśmiecha, gdzie Tomek jest prawdziwym kapitanem na statku, gdzie pachnie wybornym jedzeniem, gdzie Ania krząta się jak prawdziwa gospodyni tego miejsca, gdzie Romeo jest kucharzem i pianistą, gdzie… mógłbym tak dalej. Dodam tylko, to miejsce stworzone przez ludzi, którzy kochają to, co lubią, a wrośli w gastronomię z przypadku, będąc również z przypadku właścicielami barobusów, które karmiły największe gwiazdy kina polskiego w topowych produkcjach serialowych i kinowych!

tawerna4

Pierwsza wizyta przytłoczyła mnie ogromem wrażeń. Przez ulicę jest kanał Odry, a przy nim marina Tawerny, potem wyspa z własnym gospodarstwem i krówką Moniką, od której jest mleko, śmietana używana w lokalu, a także wojowniczym koziołkiem Cezarem, który nie lubi… psów. Potem sama Tawerna, która powstała z wielu budynków zniszczonych po powodzi, a także naruszonych zębem czasu. O tym wszystkim opowiada ze swadą Tomasz. Cała masa marynarskich gadżetów z barek, z łodzi i z innych Tomkowi tylko wiadomych miejsc. Piwniczka z winami z ponad 300 etykietami to także pasja Tomka. Lady z produktami z wielu krajów Europy i nie tylko, homarium, szafa do sezonowania wołowiny, własne wyroby wędliniarskie i Ania, która pojawia się jak meteor, znikając w czeluściach kuchni. I Romeo…, a o nim już pisałem. Nie pisałem za to o kociołku z gęsim rosołem, który pyka na trójnogu w restauracji, dając cudowny zapach i rozgrzewając trzewia w mokry, pochmurny dzień, w jaki dotarłem do tego magicznego miejsca w Ścinawie Polskiej. Rosół zjecie od piątku do niedzieli.

tawerna3

Spędziłem tam prawie cały dzień, bo dopiero późnym popołudniem wracałem do Poznania objuczony m.in. trzema oliwami wyciskanymi przez Anię. Jak Zosia Samosia robi wiele rzeczy sama, a jej oleje z lnu, konopi i rzepaku mam jeszcze w domu i kiedy po nie sięgam, staje mi przed oczami to wyjątkowe miejsce. Bo tu nie tylko jedzenie jest ważne, tu ważny jest każdy detal, a jest ich jak piasku na pustyni i to wcale nie Błędowskiej. No, bo czego nie ruszysz to jest inne, oryginalne. Np. karta menu ma takie adnotacje: każdemu gościowi, który zamówi stek Tomahawk lub homara – nasz kucharz zagra na tawernianym pianinie (też ma swoją historię, jest piękne i białe). Musiałem mieć fory, bo jadłem tylko zupę homarową (poezja) i stek, ale nie „siekierkę” i Romeo mi zagrał. I to jak zagrał!!! Niektórzy mówią, że nie wiadomo czy gra lepiej niż gotuje, czy na odwrót. Zdania są podzielone, chociaż większość mówi, że i tu, i tu jest dobry. Zresztą to miejsce ma samych wyjątkowych ludzi np. śpiewającego kelnera, ale jest i taki, który swoje zawodowe maniery i umiejętności wyniósł ze znakomitych restauracji w Szwajcarii. Ci wszyscy ludzie tworzą niesamowity koloryt.

Wrócę na moment jeszcze do karty, bo warto przytoczyć inne wpisy jak „Dzieci bez opieki są oddawane do ZOO” albo „Okulary do czytania są dostępne u obsługi”. Chociaż najbardziej mi się podobało co innego. 160 zł cena dania dla dzieci, a w nawiasie dopisek dla grzecznych dzieci 16 zł. Czyżby Strażyńscy nie lubili dzieci? Wręcz odwrotnie, bardzo lubią. Oni tylko nie przepadają za nieodpowiedzialnymi rodzicami, którzy opiekę nad dziećmi w restauracji zrzucają najczęściej na serwis oraz na współbiesiadników. Te wpisy to dobre rozwiązanie, bo w Tawernie przynoszą skutek.

tawerna1

tawerna2

O atmosferze tego miejsca mógłbym pisać i pisać, ale pora wspomnieć trochę o jedzeniu. Po przyjeździe na start dostałem dwie zupy. Najpierw krewetkową, która zapadła mi głęboko w pamięć smakową. Znakomita w smaku podkręconym chityną z pancerzy argentyńskich krewetek. Zresztą całość powstaje na ich bazie. Ania wraz z Tomkiem dbają, by najlepsze według nie tylko ich oceny, argentyńskie krewetki zawsze były dostępne w ich lokalu. Są serwowane nie tylko w formie zupy. Jeszcze nie zdążyłem przeżyć wrażeń związanych z krewetkową, a tu wylądował talerz kremu z homara z kwaśną śmietaną z własnego udoju od krowy Moniki oraz olejem z pietruszki. No, cóż zjadłem i pozostałem z rozdziawioną paszczą, bo nie umiałem sobie odpowiedzieć, co bardziej mnie zachwyciło.

tawerna5

Jedzenie okraszała rozmowa z Tomkiem o pierwszych polskich foodtruckach, czyli barobusach, które sam posiadał, a także z Anią, która wpadała jak po ognień, by za chwilę wylecieć z kuchni z kolejnym daniem. Następna była wielka micha wspaniałych muli à la Marinera na bazie białego Chardonnay, czosnku, chilli z dodatkiem pory oraz, co kręci cały smak, bulionu wołowego. Sosu było „wiadro”. Rozpacz mnie ogarnęła, kiedy musiałem powiedzieć pas i zostawić sporą jego część. Jadąc w pociągu pomyślałem, że mogłem powiedzieć, żeby nalali mi w słoik, przecież na całym świecie nikt się nie krępuje i prosi w restauracji o spakowanie tego, co zostało na talerzach. Jednak dobrze, że tego nie zrobiłem, bo i tak wracałem objuczony, jak karawana przemierzająca pustynię.

Zrobiliśmy małą rundkę po restauracji i Tomek opowiedział mi o kilku bibelotach, rzucił kilka anegdotek. Zmieniliśmy miejsce zakwaterowania na dwa stoliki dalej, bo serwis przygotowywał stoły na wieczorną rezerwację. Miłą pogawędkę przerwał słuszny kawał wołowiny. Wysmażony w punkt. Nie będę wam pisał jak smakował, bo był lepszy niż to, co bym napisał. Tomahawk steka poleca np. Robert Makłowicz.

tawerna6

tawerna7

Kiedy myślałem, że już zamknęliśmy etap konsumpcji był jeszcze tuńczyk bonito, własne wędliny, zjawiskowe ogony, które muszę powtórzyć, bo już nie byłem w stanie docenić ich smaku. Wiem jedno, że już wkrótce będę tam znowu. Umówiłem się, że zrobimy bardziej uporządkowaną degustację, ale jak tu zrezygnować, ze wspomnianych zup, muli czy steka.

Ania chciała mnie uraczyć jeszcze deserem, ale stanowcze weto i czas odjazdu pociągu uratowały mnie przed grzechem nadużycia.

Drogi wędrowcze, jeśli jesteś we Wrocławiu lub w okolicach Oławy czy Brzegu załatw swoje sprawy i przyjeżdżaj zjeść tutaj, bo możesz stracić coś wyjątkowego w swoim życiu-znakomitą ucztę. Pamiętaj jednak o rezerwacji, szczególnie wieczorami i w weekendy. Zresztą co ja Wam będę mówił, porozmawiałem z kilkoma osobami skąd są i dlaczego tu przyjechali. Odpowiedź była jednoznaczna: jesteśmy w poszukiwaniu znakomitego smaku. A skąd? Różnie – małżeństwo młodych ludzi z dziećmi jedzie co weekend 100 km, by zjeść w Tawernie ciągnąc za sobą sznur znajomych. Ja wrócę tu i to nie jeden raz, a mam znaczny kawałek z Poznania i jadę pociągiem. Warto!

Ps. Zdjęcia nie odzwierciedlają dań serwowanych w restauracji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *