Smaczna wyprawa za miasto

Od czasu do czasu trzeba zobaczyć, co w kulinariach piszczy nie tylko w Poznaniu. Wybrałem się więc do Hotel Wielspin w Puszczykowie, który jeszcze pachnie nowością. Nie miałem bladego pojęcia, że tuż pod Poznaniem może być tak cudownie położony obiekt. Posadowiony jest na wzgórku, a naprzeciwko niego jest kaskadowe wzgórze, które jakby czekało na przyjęcie winnej latorośli albo drzewek oliwnych. Używając określenia nie z mojej bajki-kopara mi opadła.

Pojechałem tam jednak jeść. Karta, krótka, ciekawa i jeśli ceny w Poznaniu Wam doskwierają, a macie ochotę ruszyć się to polecam, dość powiedzieć, że krem z raków kosztuje 14 złotych! A jest zapadający w pamięć. Szefem kuchni jest Marcin Dec. Jest tam także nie mniej utalentowany i z dobrym warsztatem wyniesionym od godnych nauczycieli Jakub Grajkowski, prawa ręka Marcina.

wielspin1Zjadłem tak, jak powinno się zjeść w restauracji, żeby poczuć jej kuchnię, myśl przewodnią szefa kuchni, by można wydać jakąś opinię, ale przede wszystkim cieszyć się przeżywaniem  emocji kulinarnej, tym bardziej że zająłem miejsce takie, bym mógł widzieć wspomniany na wstępie kaskadowy pagórek. I nie przeszkadzało mi to, że pogoda chciała wyprowadzić mnie z równowagi, bo była taka, jak mówiła moja babcia – na stare panny, czyli kapryśna-od słońca, przez ciemne, ołowiane chmury do siąpiącego deszczu. Ale co mi pogoda, kiedy talerze i wino serwowane przez kelnerkę w białych rękawiczkach o imieniu Renata wprowadzały w tylko dobre sfery nastroju. Poczułem się nawet, że jestem na wakacjach, nie wiem, dlaczego w Austrii. Takie marzenia pojawiają się, kiedy nie udało się jeszcze w tym roku odpocząć na wyjeździe. Cóż taka praca.

I kiedy tak sobie rozmyślałem i cieszyłem się tą panoramą, kelnerka postawiła przede mną talerz przykryty kopułką, która skrzętnie chroniła dym przed daniem mu wolności. Kiedy uwolnił się i zapach ogarnął salę, oczom ukazał się gravlax z łososia z consome pomidorowym, żelem z cytryny, piklowaną rzodkiewką i żółtym burakiem. To danie to nie tylko smak, ale spektakl. Kelner najpierw ściąga kopułkę, a potem z dzbanuszka wylewa consome. Pierwszy i drugi kęs mocno dymowy, nawet zbyt intensywny, ale z każdym kolejnym coraz bardziej wyczuwa się subtelności kompozycji. Delikatny łosoś z lekkimi kwasowymi nutami z consome oraz piklowanej rzodkiewki, a także żelków cytrynowych. No i ta ziemistość buraka.

wielspin2

Nie ukrywam, że ucieszyłem się z kremu z raków z chipsem z chorizo i oliwą szczypiorkową. Lubię raki. Trochę żałuję szyjek rakowych z Firlejki, no ale cóż jest jak jest. Za to krem Marcina Deca wynagrodził moje smuteczki. Na talerzu spoczywa sześć szyjek, jest pikantny chips z chorizo i krem. Aksamitny, bo przecierany. Do jego ugotowania wykorzystano pancerzyki chitynowe. Jak mój kolega redakcyjny Marcin Idczak dowiedział się, że są raki poinformował mnie, że tam pojedzie z dziećmi. Zresztą to nic nowego, moim tropem poszedł także do wspomnianej Firlejki. Czekam na jego opinię.

wielspin3

Na danie główne zaproponowano mi stek z polędwicy wołowej. Bardzo lubię steki, ale wbrew moim rodakom najmniej z polędwicy wołowej, bo ona jest delikatnie mówiąc nudna. Tu przekonały mnie dodatki. Zamówiłem steka blue i czekałem na danie popijając wybraną przez Panią Renatę Rioję. Przy okazji podziwiałem serwowanie przez nią wina – piątka z plusem. Kiedy wjechało moje danie na stół zacząłem od steka. I znowu miałem rację, bardzo dobra, ale gdyby nie dodatki, to byłoby nudno. Dlatego też biorę blue, bo tam zawsze jeszcze się coś zadzieje. Kuchnia spisała się perfekcyjnie, bo otrzymałem, jak to mawia mistrz nie tylko od steków Maciej Grubman, tatara. W daniu działo się wiele, kilka smaków i tekstur. Znowu pochwała za sos na bazie demi glace o konsystencji przypisanej restauracji z wyższej półki. Tym razem aromaty truflowe nie osłabiły mojej czujności rewolucyjnej. Kalafior lekko przypalany al dente i absolutnie aksamitny w puree. Pochrupał jeszcze chips z cebuli. Był też i ziemniaczek w formie fondanta. Nie lubię sponchu czy jak inni mówią gąbki, czy pumeksu. Zawsze smakuje tak samo, czyli nijak. Danie warte swoich pieniędzy koniecznie z kieliszkiem czerwonego wina. Byłoby super, gdyby nie drobiazg, czyli nóż do steków…, którego nie było. Co prawda ten, który miałem był z piłką, ale bądźmy perfekcyjni…

wielspin4Deser to assiette z jabłek. Zawsze mówię, że desery nie zbyt często mnie poruszają, bo nie jestem ich wielkim fanem. Jestem bardziej tradycyjny, takie pokolenie. Wolę dobrą kawę (tu jest bardzo dobra) z kostką jakiegoś ciasta po odpoczynku na podwieczorek. Doceniam pomysł i smak. Jedna rzecz chyba jednak do poprawy. Jabłko gotowane w kawie, chyba zbyt krótko. Podobnie było kilka lat temu w 3kolory Malta z gruszką. Skórka, natrętnie twardawa. Są jednak desery, które mnie interesują… Przed przyjazdem do Puszczykowa Marcin wrzucił na swój profil FB deser czekoladowo-pomarańczowy. Szybkie skojarzenie nawet nie smakosza, ale dziecka… Boże Narodzenie i pałeczki czekoladowe z galaretką pomarańczową. Ucieszyłem się, że go spróbuję. Okazało się, że nie ma go w karcie. Ale kiedy Marcin z Patrykiem podeszli, by wysłuchać moich wrażeń, na pięknym czerwonym talerzu dostałem ten deser. Dziękuję. Czasami zmieniam zdanie i deser mnie cieszy.

wielspin5

Dziękuję za oprowadzeniu po hotelu Pani Marii Dardas-Majchrzak menadżerce lokalu oraz Renacie za pełen profesjonalizmu serwis i opiekę. I moja mała prośba. Siedziałem na wprost wspomnianej na początku kaskady, jednak jej widok przysłaniała mi firanka. Ja bym sugerował, żeby się z nią pożegnać, bo w restauracji zbiera jedynie kurz, a tu zasłania piękny widok ograniczając moją wolność, po którą tu przyjechałem wyrywając się z codzienności.

Polecam to miejsce i na jedzenie i na wypoczynek, pokoje są bowiem zacne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *