Na tropach Babci Irenki…

Arkady Fiedler napisał – spotkałem kiedyś szczęśliwych Indian, ja nie spotkałem, ale… trafiłem do wspaniałego miejsca, pełnego entuzjazmem młodych właścicieli. Znakomite wnętrze przy Placu Kolegiackim. Dzisiaj już wiem, że Firlejka kolejne ważne miejsce na Placu.

firlejka1

Jeśli jesteś smakoszem to musisz zjeść szyjki rakowe. Pani Aniu, to jest coś zjawiskowego. Co jeszcze warto zjeść? Mnie skupiła risotto czarne. Ale wróćmy do szyjek rakowych. Cieszę się, że je spróbowałem i mogę powiedzieć, że są zniewalające, a po tym jak je zjadłem, że są one podpisem restauracji. Przypomina mi to dawne czasy gastronomi, kiedy chodziło się na określone dania. Do Hacjendy na kaczkę, do Hotelu Polonez na polędwice a la Polonez, a do Mercurego na Tornedo a la Rosini. Dzisiaj trudno znaleźć taki podpis w poznańskich restauracjach. Szybko zmieniające się karty, pogoń za nowościami, prześciganie się produktami, powoduje, że dania są ulotne. Szyjki rakowe z Firlejki muszą być wieczne. Właściciele to młodzi ludzie pełni pasji i wierzę, że lokal prowadzić będą, kiedy ja będę chadzał na uczty do św. Piotra. Ale dopóki mego życia, będę tu zaglądał na to danie. Ono musi być tu na wieki. Dlaczego jest tak urzekające. Bo jest aksamitne, bo jest maślano-śmietanowe, bo jest przesmaczne, bo są szyjki rakowe, bo widać w nim pasję i zaangażowanie.

firlejka

Tak się rzuciłem na te szyjki rakowe, że zapomniałem napisać o sympatycznym czekadełku. Własny chleb z ziarnem słonecznikowym. Pachnący i apetyczny, a w jego towarzystwie dwie pasty. Zwykle podaje się pasty wege, albo jakieś pasztety lub smakowe masła. Ja dostałem świetną pastę – buraki z chrzanem i kurczakiem. Bardzo, bardzo… Druga, twarożek z suszonymi pomidorami. Trochę bardziej chciałbym pomidorowego smaku.

firlejka3

Spróbowałem jeszcze risotto sepia / krewetki tygrysie /musztarda / mięta. I kolejne zachwyty. Porcja potężna, gorące prosto z rondla risotto al dente, szkoda że nie lejące, ale w Polsce trudno takie zjeść, bo… Polacy nie lubią. Oki nie czepiam się, ale ja wolę luźne. Smak w punkt, a musztarda i mięta robią dobrą robotę. Krewetki soczyste i maślane, absolutnie maślane.

No i słowo o serwisie. Kelnerka zaskoczyła mnie już kiedy podała mi wodę z wyciśniętą cytryną. To mój podpis, kiedy idę do restauracji proszę zwykle o wodę gazowaną z dużą ilością soku z cytryny. Wszędzie dostaję od razu do szklanki, zdarzyło się, że nawet z pestkami, a tu… dzbanuszek z sokiem cytrynowym. Krewetki w pancerzykach podane do risotto i miseczka z wodą i cytryną dołączona do obmycia palców. Co więcej, nie było trudnych pytań, na wszystkie dostałem odpowiedzi, kelnerka znała serwowane dania, potrafiła powiedzieć o nich wiele oraz jak prawdziwy handlowiecc sprzedać to, co restauracja ma najlepszego.

I jeszcze jedno, drogi poznaniaku,który nie lubisz lokali w piwnicy, nie oceniaj po pozorach. Wejdź, a zobaczysz ile serca młodzi ludzie włożyli w to by było tam przytulnie. Ktoś napisał, że to niedobra lokalizacja bo w drodze do nikąd. Błąd. To bardzo dobre miejsce. Już wkrótce będą mówić – Urząd Miejski? A,to ten budynek obok Firlejki…

Wiem, że to nie ostatnia moja wizyta. Dzisiaj żałuję straconych dni, kiedy tam nie zajrzałem. Pani Aniu i niech Pani pamięta o Babci Irence… ona tam siedzi na fotelu przy pianinie :)

Co słychać w ogrodzie z salonem

Wiem wiem restauracja nazywa się salon z ogrodem, ale po raz pierwszy udało mi się wreszcie zjeść w ogrodzie i jak zauważyłem zdecydowana większość gości wybiera opcję ogrodową, stąd w okresie letnim, lokal powinien się nazywać ogród z salonem, bowiem rolę głównej sali przejmuje ogród. Co jadłem? Dużo jadłem, a właściwie degustowałem, a to widomy znak, że Wojciech Carlos Wojtkowiak zaprezentował nowe, letnie menu.

I… To kolejne już menu, które mam okazję degustować w tym miejscu. Niezmiennie mogę powiedzieć, że nic się nie zmienia. Nie, to nie znaczy, że jest nudno. To znaczy, że Carlos konsekwentnie buduje swoje menu z wykorzystaniem najlepszych produktów i swoich umiejętności oraz dąży do pięknego rysunku na talerzu. A co najważniejsze, menu opiera na sezonowych dodatkach. Nie są to puste slogany.

salon1

Dowód? Proszę bardzo. Na otwarcie dostaliśmy, w degustacji towarzyszyła mi właścicielka lokalu, z którą uwielbiam rozmawiać nie tylko o jedzeniu, coś piorunująco sezonowego spoza karty. Carlos zapodał nam potrawkę z bobu i kurek w pomidorach. Uderzył w mój czuły punkt. Uwielbiam bób, kocham kurki, a kiedy spotkały się na jednym talerzu, straciłem na chwilę ostrość oceny. No, bo powiedzcie sami, oceniać coś co się kocha. A jeśli doprawi się to atmosferą ogródka i smakiem gorących prosto z pieca maślanych bułeczek…. Szkoda, że nie ma tego dania w karcie, ale w menu też znalazło się kilka mocnych punktów.

salon2

Pieczona wołowina, wędzony ser, pomidor, tymianek, marynowany czerwony pieprz. To niezwykle proste danie. Plaster na plastrze, posypane pieprzem, polane oliwą i doprawione płatkami Maldona. Ale czy latem nie chodzi o prostotę i szanowanie żołądka zmęczonego upałami. Idealny początek posiłku z kieliszkiem zimnego, białego wina. Takie mięsne caprese… Bazylii jeno brak.

salon3

Jak ktoś chce jeszcze lżej, w ogrodzie z winem, w dobrym towarzystwie, to koniecznie musi sięgnąć po tatar z łososia, ogórek, rzepa, koper włoski, mascarpone. Siekany łosoś umieszany z mascarpone daje aksamitność, a chrupiące elementy warzywne świeżość i zwiewność kompozycji.

salon4

Pikantna zupa rybna z krewetkami. To jest to, na co czekałem i doczekałem się. Carlos tę zupę serwował od czasu do czasu na lunchy. Nie miałem nigdy czasu by wtedy wpaść do salonu z ogrodem. Jak kiedyś wpadłem to w lodóce w słoiku stała i czekała na mnie ta zupa. Zabrałem do domu zjadłem, oszalałem i żałowałem, ja ten milicjant z perelowskiego kawału, że mam za dużą głowę. Kochani moi czytelnicy. Gdziekolwiek mieszkacie, nie ważne, na tą zupę trzeba koniecznie przyjechać do Poznania na Limanowskiego 5. I te soczyste krewetki i chrupiąca bagietka. Obiecałem Carlosowi, że wpadnę na desery bo nie dałem rady zmierzyć się z nimi, ale jak wpadnę, pochylę się nad tą zupą i będę płakał, że się kończy.

salon5

Łosoś wędzony podawany na ciepło, potrawka z zielonych warzyw. Danie z zaskoczeniem. Wędzony łosoś przygotowywany od podstaw przez Carlosa, podawany jest na ciepło. Daje to trochę klimat wędzonej ryby wyciąganej prosto z wędzarni i do tego potrawka z zielonych warzyw min.: zielony szablok, bób, szpinak. Jest wiele dobrego w tej kombinacji.

By kupki smakowe się oczyścił i odpoczęły po rybach Carlos przygotował shota ogórkowego z ciasteczkiem z nutą parmezanu. Tak oczyszczeni ruszyliśmy w dania bezrybne :)

salon6

Krem ze szczawiu puree z pietruszki, jajko, śmietana. Jak słyszę krem szczawiowy zaraz moja pamięć kieruje się ku kultowej szczawiowej Michała Kutra z A nóż widelec. Ale to zupełnie inne bajki, poza tym, że jest to zupa ze szczawiu w postaci kremu. Która lepsza? Nie podejmuję się rozsądzać, bo i po c? Ale przede wszsytkim też dlatego, że to są tak dwie różne zupy, że takie porównywanie nie ma sensu. Knel z jajek znany już mi jest z galartu jaki był na przystawkę w wiosennej karcie. Ta z salonu z ogrodem szczawiowa jest w smaku bliżej tej zakodowanej w mojej pamięci zupy dzieciństwa. Ona zawsze miała ten charakterystyczny kwasek ze szczawianów.

salon7

Perliczka pieczona w soli rozmarynowej, puree z zielonego groszku, młoda marchew, botwina, bób. Co do perliczki czy pieczonego kurczaka podaje się w domu? Bardzo często jest to groszek z marchewką. Carlos podał je też na talerzu, ale groszek w postaci aksamitnego puree, a marchewkę pełną słodyczy gotowaną, a potem karmelizowaną. Całość uzupełnia świetny sos. Jeśli nie wiesz dlaczego warto kupić do domu na rodzinny obiad perliczkę, przyjdź i spróbuj w „salonie z ogrodem”. Docenisz jej soczystość i smak, którą może dać co najwyżej kurczak zagrodowy, kukurydziany lub z wolnego wybiegu.

salon8

Cielęcina, kurki, młode ziemniaki, młoda kapusta po poznańsku i sos cielęcy. Dla mnie to danie numer jeden z całej karty, Cielęcina wspaniale przygotowana otulona cielęcym sosem, co dało 110 procent cielęciny w cielęcinie. Młoda kapusta po poznańsku, jeśli nie wiecie jaka to jest, to zapraszam na Limanowskiego. Tak gotowały babcie mojego pokolenia. Moja dodawała więcej koperku i też serwowała do cielęciny ,albo chrupiącego mielonego lub schaboszczaka. No i te zniewalające kurki. I pewnie pofrunął bym do nieba, ale… ziemniak ściągnął mnie za nogi w dół. Ja wiem poznaniak musi mieć pyrę. Ale może w innej postaci, bo ten mimo francuskiego sposobu przygotowania w formie beczułki, jest z innego lokalu. Carlos, to już drugi raz go podałeś. Nie rób tego więcej!

No i na tym koniec. Na desery powrócę i o tym Wam napiszę. I jak zawsze czekam Carlos co wymodzisz w nowej karcie. Mam nadzieję, że dam radę ją jeszcze zjeść w ogrodzie, a jak będzie zimno to poproszę o koksownik i koc, w który się zawinę. Ten ogród ma swój czar, a jak się czas spędza z Alicją…

Kulinarna podróż z Avocado

Poznańska restauracja Avocado zaproponowała na te wakacje kulinarną podróż po świecie w porze lunchu. Od poniedziałku do piątku można delektować się smakami z całego świata. Każdy tydzień to inna prezentacja. Ja wybrałem się z Arturem Skotarczykiem, szefem kuchni Restauracji Muga na tydzień francuski. W restauracji trafiliśmy też na Davida Gaboriaud z kuchni+ . A jeśli dodam, że Artur to też specjalista od kuchni francuskiej, a kilka dni wcześniej szef kuchni Grzegorz Filozof zajął drugie miejsce w Mistrzostwach Polski w potrawach ze ślimaka, to zrobiło się bardzo francusko.

francja1

Długo się zastanawiałem co zjeść, ale postawiłem na klasyki. Zacząłęm od pate z wątróbek drobiowych z brioszką. Pate podane w słoiczku, zalane warstwą masełka. Bardzo dobre smakowo, aksamitne i dowodzące znajomość fachu u szefa kuchni. Trochę gorzej było z brioszką, bowiem się lekko kruszyła, ale być może dlatego, że Grzegorz chciał nas ugościć i podał nam gorącą z pieca, więc nie zdążyło ciasto odpocząć.

francja2

Jak klasyka to klasyka. Na drugi ogień poszedł klasyk z Marsylii, czyli zupa, niektórzy teraz mówią gulasz bouillabaisse. Kiedyś zupa biedaków. Rybacy z resztek ryb i owoców morza, których z porannego połowu nie sprzedali gotowali w jednym kotle danie. Dzisiaj jedna z droższych potraw w karcie. Zdziwiło mnie, że Grzegorz zdecydował się na taki wybór na lunch. Okrojona wersja o owoce morza, były tylko pierścionki kalmarów i zmniejszona ilość ryb, nie wpłynęły na to, co najważniejsze, czyli smak. Te tak charakterystyczne nuty kopru włoskiego i pomarańczy wyraźnie przebijały, dając możliwość poznania smaku tej zupy tym, którzy jej nigdy nie jedli. A ci, którzy jedli otrzymali radość ze smacznego lunchu. Zresztą Artur też podzielił moje zdanie. Być może Grzegorz z Arturem spotkają się by wspólnie ugotować taki prawdziwy bouillabaisse. Co myślicie o tym? Ja jestem za. Do tego chrupiąca bagietka i… no, co? Ekstaza! Od razu przypomniał mi się najlepszy bouillabaisse, jaki w ostatnim czasie jadłem. Było to u Daniela Myśliwca w Zazie Bar w Krakowie.

francja3

Jako danie główne kolejny klasyk. Coq au vin. I tu jest największy problem. Jadłem koguta w winie we Francji, ale czy to był klasyk? Nie wiem. Podobno tyle jest przepisów. ile kucharzy i ile regionów winiarskich. W klasycznym przepisie oczywiście jest to kogut i sos pod koniec gotowania powinno się wzbogacić krwią koguta, przy wersji z czerwonym winem. To co zjadłem w Avocado to był oczywiście kurczak duszony w winie, ale z cebulkami i innymi ingrediencjami ogólnodostępnymi. Było to smaczne, ale nie będę się mądrzył jak było blisko do klasyki.

Trzy dania tak obfite, że na creme bruille nie starczyło już miejsca.

To był dobry wypad i pomysł na kulinarne podróże ciekawy. Spróbowałem z tych lunchów włoskie tiramisu w wariacji Ivo Violante, no i francuskie dania. Pewnie, co tam, na pewno jeszcze zajrzę do Avocado w czasie wakacji i polecam, żebyście zrobili to samo. Z niecierpliwością czekam na hiszpańskie dania, które przygotuje Ivo Violante. A zatem do zobaczenia podczas, którejś z podróży. A ważna uwaga, jeżeli nie macie czasu w porze lunchu zjeść to zadzwońcie do restauracji zamówcie lunch na wieczór to też fajne rozwiązanie.

Stare Miasto przy Starym Mieście rokujący początek

Stosunkowo niedawno na ulicy Paderewskiego obok klubu Pacha ruszył lokal OldTown No.10. A kilka dni temu zostałem zaproszony na degustację. Zanim wybrałem się w to miejsce jako dawny dziennikarz prasy codziennej, dokonałem „riserczu”. I tu jako PR-owiec mam trochę zastrzeżeń. Do jedzenia też mam pewne uwagi, o czym rozmawiałem z szefem kuchni. Jak jednak wiecie, nigdy nie wydaję autorytatywnych wyroków, bo piszę o swoich odczuciach, a te nie muszą być zbieżne z odczuciami innych gości. Powiem, krótko, został zrobiony niezły początek i… no to już zależy od tego co będą chcieli jeść goście i tego, co serwować będą na Paderewskiego.

Mimo ograniczonej karty, co jest plusem, bo zmienia się płynnie, znaleźć w niej można kilka rzeczy, które mnie miło zaskoczyły, a chleb i ciasto nawet zniewoliły. Miłym przerywnikiem były shoty z Saskiej szczególnie z hyćką. Trzymam kciuki za młodego szefa kuchni Mateusza (jeśli pomyliłem imię przepraszam), którego miałem okazję już wcześniej spotkać np. Gajowa 12, gdzie zauroczył mnie kremem z dymki (do dzisiaj mam go w pamięci).

oldtown1Zerknijmy na talerze w Old Town. Tu, zasadnicza uwaga, nie ma talerzy. Podaje się wszystko na metalowych tackach, miseczka metalowych i kubkach, takich jak ja używałem w czasie wypraw pod namioty w czasach, kiedy jedyny telefon we wsi był u sołtysa. To pierwszy sygnał jaki ma być ten lokal i do kogo zaadresowany. Zgrzytnęło jednak przy wejściu, kiedy zostaliśmy powitani kieliszkiem szampana z truskawką serwowanymi nie przez kelnerki, ale zgrabne hostessy w podkasanych, mówiąc po poznańsku „kieckach”. Włoskie bąbelki z truskawką świetne na mocno parny wieczór, ale ni jak się miały do tego miejsca. Skoro w karcie zauważyłem drinki piwne, jako specjalność tego lokalu, może warto było właśnie je pokazać.

oldtown2

Po Prosecco rozpoczęliśmy od śledzia. Żeby przygotować kubki smakowe sięgnąłem po foccacię i chleb. No i pieczywo pieczone na miejscu powiem bardzo dobrze nastroiło mnie do dalszej konsumpcji. Chleb bardzo dobry, ale teraz już trudno trafić na złe pieczywo w restauracjach, gdzie jest pieczone, ale foccacia wręcz genialna. Nie często używam określeń górnolotnych, ale tu muszę powiedzieć, że najlepszą jaką jadłem w okresie trzech lat, przebiła nawet tą z Gusto Food & Wine. Teraz przyszła pora na odkrycie pokrywki słoika i spróbowanie śledzia. To danie, które określę mianem ogień i woda. Słona, jogurtowa, sztywna pianka z nutą cytryny, kwaskowy śledź (ale w granicach, które często są mocno przekraczane) i na śledziu posadowiona mocno, nawet więcej niż mocno słodka konfitura z daktyli i pomarańczy. Ciekawe połączenie prawda? Sól ze słodkim w walce z kwaskiem, a to wszystko ze śledziem na pierwszym planie. Lubię odwagę szefa kuchni, ale kontrolowaną. Tu, w tej przystawce, nic nie wymknęło się spod czujnego oka szefa. Pełen optymizmu czekałem na kolejne rozdanie.

oldtown4

Na stół wstawiono krem kukurydziany na mleczku kokosowym ze szczyptą sproszkowanego chilli. Mateusza poznałem po wspomnianej powyżej kremowej zupie z dymki. I tu w staromiejskim wcieleniu okazał się sprawnym kucharzem. Powiem w żołnierskim meldunku. Bardzo dobra, ponieważ dzięki samodzielnemu prażeniu kukurydzy, otrzymał znakomity smak intensywnie kukurydziany, pięknie złagodzony i teksturowo i smakowo mlekiem kokosowym. Zupa jest lekko słodka i obserwujcie FB, może wam powiedzą, kiedy ją będą serwować.

oldtown6

Trzecie danie, to… instrukcja obsługi lokalu. Główną osią menu są mięsa, do których dobiera się sosy, pikle i marynaty, dodatek skrobiowy. Myśmy otrzymali mięsa z karty marynowane, a w tygodniu można zamówić też saute. Mięsa zostawię na koniec. Zacznę od sosów – świetny BBQ, z którego zdecydowanie, tak po męsku, przebija śliwka wędzona i bardzo dobrze. Dla kontrastu subtelny sos jogurtowy z pieczonym czosnkiem, dzięki czemu ostre aromaty węchowo-smakowe są obniżone do minimum. Oba sosy fajnie komponują się z resztą. Mnie jogurtowy sos przypadł szczególnie do gustu do pieczonych ziemniaków z tymiankiem. Bardzo dobra klasyka klasyki wszelkich lokali z grillowanym mięchem – sałatka Coleslav. Bez udziwnień, tak po bożemu. W miseczce pojawiły się własne marynowane i konserwowe warzywa. Temat trudny, ponieważ mimo olbrzymiej mody na kiszonki, marynaty i fermentowane warzywa wciąż luzie o tym mało wiedzą, Obawiają się i dziwią, że można zakisić np. rzodkiewkę. W zestawie był kalafior i brokuł łagodne w smaku z zaskoczeniem – były miękkie, podejrzewam, że wcześniej lekko zblanszowane – zapomniałem dopytać twórcy. Marchewka, cebula i ogórek poprawne, kwaśny ponad miarę burak czerwony, ktoś nawet zgłaszał, że mu miliony szpileczek zaatakowały ślinianki. Fakt octowe doznanie. Za to czapeczka z głowy za patisona. Idealnie utrafiony w punkt balans między słodyczą a kwaśnością. Były ziemniaczki pieczone bez wodotrysku, takie jakie powinny być. No i mięso. Niestety według mnie najsłabszy punkt. Na talerzu były mięsa znajdujące się w karcie:
Pulled Pork wolno pieczona łopatka wieprzowa – smak wieprzowy, ale mięsa ugotowanego w rosole. Zbyt duże włókna, zbite ze sobą Dla mnie pulled pork to jak ropa vieja, kubańskie danie, gdzie włókna oddzielają się na źdźbła cieniutkiej trawy. Poza tym to mięso musi mieć cohones. A tego tu nie było. Na usprawiedliwienie… W rozmowie z szefem kuchni okazało się, że kiedy przygotował tak mięso, czyli rozpadające się, goście uważali, że oni takiego nie chcą, bo muszą coś czuć pod zębami.
Wolno duszona wołowina z czekoladą i winie. Kompozycja oki, ale nie dane mi było spóbować, bowiem mój kawałek był niestety mocno sztywny. Zrobiłem szybki zwiad i okazało się, że miałem pecha, ale to mnie nie dziwi. Bo jak może dziwić kogoś, kto w czasie degustacji jest jedynym, który ma ość w filecie i to nie raz, tylko prawie zawsze…
Polędwiczka wieprzowa w kawie i żurawinie, to mi bardzo przypadło do gustu szczególnie w połączeniu z sosem BBQ. Mięso trafione w punkt, po mistrzowsku i smakowo, i teksturowo.
Kurczak marynowany w curry. Tu również bez zarzutu, ale od szefa kuchni wymagałbym większej finezji. Bo każdy, kto trochę gotuje wie, że kurczak kocha curry z wzajemnością.

Wiem, wiem poprzeczkę postawiłem wysoko pod moje oczekiwania, ale.. jeśli śledź, foccacia, sos BBQ czy desery o czym napiszę, mogły mnie więcej niż ucieszyć, to znaczy, ze potencjał jest większy i trzeba ciągnąć do góry. Ktoś powiedział, że ludzie tu i tak przyjdą. Tak, ale… To tak jak słynne powiedzenie prezesa reżimowej telewizji „ciemny lud to kupi”. To podłe i uwłaczające. Gość tej restauracji to kupi, ale wierzy, tak, jak ja, że będzie w tym miejscu jeszcze lepiej. Bo by wytrwać na trudnym gastronomicznym chlebie trzeba się wyróżniać i nie ceną, a jakością.

oldtown7No i wreszcie desery. Poprosiłem o cienkie kawałeczki i pożałowałem swojej decyzji. Zjawiskowy sernik z maracują o konsystencji chmurki, która się rozpływa na niebie i ciężki browni. Wiele znam miejsc, gdzie podają go suchego jak wiór, a ten jest taki amerykański, lejący. Ale to nie wszystko – kucharz postanowił umieścić tam całe malinki. I to już nie petarda to torpeda.oldtown3

Jeśli wlecicie do tego miejsca zamówcie też shota jednej z pięciu wódek Saska. Nawet te słodkie są dla faceta, tylko musi wyłączyć opcje macho, która w życiu tylko przeszkadza.

I jako PRowiec muszę wspomnieć o kilku rzeczach.
1. Lokal pięknie zaprojektowany, ale nie wiem, kto jest jego odbiorcą. Jak się dowiedziałem bez ograniczenia wieku. I oby tak było. Ale nikt nas nie oświecił w czasie degustacji. Nie było menu, dobrze, że szef kuchni między przygotowaniami w otwartej kuchni miał chwilę na rozmowę.
2. Niezwykle miła Pani przy wejściu (przez cały czas była bez zarzutu) rozdzieliła mnie z moimi znajomymi, bo mieliśmy przydzielone miejsca w innych częściach sali. Na spotkaniu zamkniętym to małe faux pas. Czułem się jak bym był pierwszy dzień w szkole i Pani rozsadzała do ławek według swojego klucza.
3. Problem ze znalezieniem menu na FB. Zadałem sobie trud, ale musiałem przewalić trochę postów. Za to ciekawe rozwiązanie na danie główne pod hasłem – zrób sobie sam, znaczy dobierz sobie sam kmpozycję. To powoduje, że jest wiele, bardzo wiele kombinacji, co zadowoli każdego nawet najwybredniejszego.
4. Ulotka. Znalazłem na stole i gdyby nie było logo uznałbym ją za uniwersalną dla każdego lokalu. Bo jedne takie są, a inne chcą być. Dlaczego? Posłuchajcie pierwszego zdania: Pragniemy podawać Wam zawsze to, co mamy najlepsze. I kolejne przypadkowe zdanie. Nie stosujemy żadnych spulchniaczy i polepszaczy smaku. To o pieczywie. Zapewniam nawet piekarnie wypiekająca chleba tyle, że wystarczy dla miasta średniej wielkości nie powie, że stosuje.

oldtown5I jeszcze jedno. Na zmianie był jeden kucharz. Sala pełna. On pracuje na widoku. Czas oczekiwania się wydłuża. Jesteśmy na luzie, bo przyszliśmy na degustację, spotkaliśmy znajomych. Kucharz nie przygotowuje dań z karty tylko jeden zestaw degustacyjny. Jeden kucharz, pora lunchu, mała kuchnia, różne zamówienia. Czas się kurczy. Jest nerw. Na zmianie ma być dwóch kucharzy i tak też podobno bywa. A jeśli zabraknie, a wszyscy wiemy jakie śą braki kadrowe w gastronomii. Musi się liczyć z olbrzymim stresem i oczami zwróconymi na niego, w których widać złość i głód oraz pytanie – kiedy dostanę swoją porcję.

Jaka jest więc moja ocena. Warto przyjść, przekonać się samemu i za kilka elementów, o których już napisałem daję kredyt zaufania. Myślę, że jeszcze tu zajrzę. Wtedy będę wiedział więcej. Z całego serca życzę sukcesu, bo nawet jeśli jestem krytyczny, to jest to moje zdanie i zawsze w tej branży życzę każdemu odniesienia sukcesu.

Dzień Dobry na kolację

dzień dobryKiedy najlepiej zagłębić się w lekturę książki? A no wieczorową porą, przy kubku ulubionej czarnej herbaty, w ulubionym fotelu, przy ulubionej płycie Cubismo. Ale przecież to książka kulinarna z przepisami. Otóż jesteście w błędzie. „Dzień Dobry. Śniadania z Małgosią Mintą” to ten typ książki, która łączy dwa elementy – klimat przepisów z ich czysto technicznym opisem. Wszystkie przepisy mają duszę, mają większe lub mniejsze emocje. A jeżeli autorka ma lekkie pióro i pisanie nie jest wysiłkiem, to niedzielny wieczór może być miły przy lekturze książki o śniadaniach.

No zobaczcie sami. Na Dzień Dobry Małgosia Minta pisze do mnie, do Ciebie, do każdego z nas:

„Skrzypienie schodów. A właściwie tylko jednego stopnia, przedostatniego – to ono zdradzało. Że ktoś już się obudził i zszedł do kuchni. Do pierwszych porannych odgłosów wkrótce dojdą kolejne szum wody wlewanej do czajnika, klekot sztućców wyławianych z szuflady, ściszone mamrotnie „Trójki”.
- Co zjesz dzisiaj na śniadanie.
Było w tym wszystko: „dzień dobry”, miło cię widzieć”, „kocham cię”.
To pytanie witało mnie każdego ranka, gdy wchodziłam do kuchni. Zaspana, w piżamie, ze sterczącymi włosami. W kuchni była już Mama, jeszcze bez szpilek i makijażu. Rozkładałam talerze, a ona, pijąc pierwszą kawę, kroiła pomidora”

Dalej autorka pisze o chwili czasu, łyku kawy, o docenianiu momentów spędzonych z najbliższymi. „I za to będę Mamie wdzięczna. Za to – i za dobre śniadanie”. I jak dalej doczytamy za to, że nie musiała jeść w dzieciństwie zupy mlecznej.

Dlaczego Małgosia Minta napisała książkę o śniadanich? Bo to jej ulubiony posiłek. „Nie ważne czy jem je w domu, czy w knajpce po drodze do pracy. Nieważne, czy trwa pięć minut, czy pół godziny – to zawsze czas tylko dla mnie, dla mojej przyjemności. Dlatego musi być dokładnie takie, jak lubię: smaczne, proste, z dobrych składników . Nawet jeśli to tylko tost z domowym dźemem i kawa – tak też można dobrze zacząć dzień”. Czy wiecie dlaczego spodobała mi się ta książka, bo dokładnie cenie te same wartości. Kocham śniadania z moją żoną, które dzięki specyfice naszej pracy możemy jeść codziennie razem. I jeszcze jedno, autorka pisze śniadanie ma być smaczne, nie jak w każdej innej kulinarnej biblii zdrowe. A tak wielu mądrych tego świata mówi, że w swojej restauracji nie podaliby nigdy tego, co jest zdrowe, ale nie smaczne i Małgosia Minta w swojej książce serwuje tylko smaczne dania.

Początek książki to ściąga z podstawowych produktów śniadaniowych jakie trzeba mieć, by poranek każdego dnia był piękny i smaczny. Potem w kolejnych rozdziałach pogrupowane są śniadaniowe dania według czasu jaki posiadamy na przygotowanie posiłku i na to, czy mamy go na tyle dużo, by wskoczyć jeszcze do łóżka, wziąć książkę i spędzić kilka wspaniałych chwil.

Dania, które poleca Małgosia Minta są bardzo różnorodne i nie można ich wrzucić do jednej szuflady. Tam jest wszystko, a wiele z nich to dla mnie będzie również inspiracja do lekkich dań obiadowych. Każde z nich jak wspomniałem ma swoją historię i każde jest z klasą i wiele z nich autorka zatrzymała w kadrze. Bo oprócz lekkiego pióra pięknie rysuje kulinaria fotografią.

Uważna lektura książki pozwoli Czytelnikowi sporo dowiedzieć się o autorce. O jej zwyczajach, ulubionych produktach, miejscach, przyjaciołach. Jeśli będziecie chcieli uzyskać autograf, to ze spokojem wytropicie ją w jednym z zaprzyjaźnionych miejsc np. na poznańskich Jeżycach, nie tylko w Warszawie. Dowiecie się, że Małgosia Minta nie lubi wyrzucać jedzenia. „Jest mi zwyczajnie przykro, gdy przez moje gapiostwo czyjaś praca idzie na marne – niezależnie od tego, czy polegała na wyrwaniu marchewki, czy uformowaniu zgrabnej chałki”.

Dla kogo jest ta książka? „Przychodzi na ratunek hedonistom o nieposkromionych apetytach i sprawia, że sceptycy posiłków o poranku wpiszą je na stałe w swój kalendarz” pisze Daria Pawlewska „KUKBUK”. A ja dodam, drogi kucharzu musisz tę książkę mieć: jeśli znasz Małgosię, to spotkasz ją na kartach książki, a jeśli chcesz odmienić swoje śniadania w domu lub w restauracji, to na pewno znajdziesz tu bogate źródło inspiracji. No cóż, to lektura obowiązkowa tak, jak niewiele książek z półki o kulinarnych.

Ps. A ja dodam jeszcze tak od serca. Małgosiu dziękuję za tę mądrą książkę.

Dzień Dobry. Śniadania z Małgosią Mintą
Wydawnictwo Agora
Warszawa 2016