Wołowina jest bardzo dobra…

Kiedyś pojawił się taki bilbord z reklamą: Piwo…, tu nazwa, jest bardzo dobre. Po kolacji w Winstone, to stwierdzenie jeszcze bardziej okazało się słuszne w stosunku do wołowiny. Przez cały wrzesień w poznańskim lokalu trwa festiwal steków. I muszę powiedzieć, że w piątkowy wieczór zdecydowana większość osób obu płci decydowała się na stek. No moja Ela poszła w hamburgera, ale pozostała po linii wołowiny…

winestone1

W Winstone byłem na otwarciu tego lokalu, oraz kilka tygodni temu na promocji przewodnika po restauracjach poznańskich wydanego przez PLOT i teraz na kolacji. Z Elą postanowiliśmy, że damy sobie odrobinę luzu, bowiem nie było okazji na urlopowy wyjazd, a oddech trzeba złapać. No i na pełnym luzie weszliśmy do restauracji, mając zarezerwowany stolik, jak nakazuje etykieta wyjść wieczornych. Przy drzwiach przywitał nas Kamil Bruź manager, który opiekował się nami przez cały wieczór. Pan Kamil wiedział, jak mnie wprowadzić w wakacyjny, dobry nastrój. Na stole czekała już winestonowa bagietka, świetna hiszpańska oliwa i… przyprawa skomponowana przez Pawła Andersa, człowieka, który stworzył projekt Winestone. To połączenie bagietki, oliwy i dukkah jest uzależniające. To taki narkotyk Winestona. Kto raz to spróbuje, będzie tu wracać po ten smak. Jak wspomniałem byłem w siódmym niebie, ale nie wiedziałem, czy przypadnie to Eli do gustu. I tu zaskoczenie. Tak jej smakowało, że dostała do domu oprzyrządowanie i na sobotnie śniadanie nie jadła nic innego tylko bagietkę, oliwę i dukkah… rozgryzając skład „uzależniacza od Winestone”.

Zanim zamówiliśmy jedzenie wybraliśmy wino. Pan Kamil zaproponował wino z winnicy Turnaua, Riesling. Jego świeżość, mineralność zawładnęła nami i mimo menu upominającego się o czerwone wino my pozostaliśmy przy Rieslingu i proszę nie komentować, bo nie ma czego. Pamiętam jak w Tokaju, król Wina powiedział pijcie wino, a jakie? Takie które Wam smakuje nawet na przekór sommelierom. I takoż zrobiliśmy w piątkowy wieczór w Winestone.

winestone2

Ja poszedłem na maksa. Najpierw zamówiłem sałatkę z polędwicą wołową z karty stekowej. No i wybrałem oczywiście T-Bone zdając się jednak na selekcję dodatków na Pana Kamila. To było solidne wyzwanie, całe szczęście słuszny kawałek mięsa pojawił się w towarzystwie tylko domowych frytek i delikatnej sałatki z rukoli z pomidorkami kotajlowymi i płatkami parmezanu.

winestone4

Wołowina perfekcyjnie wysmażona zgodnie z zamówieniem, soczysta, miękka i to, co smakosze mięsa cenią w T-Bonie dwa różne smaki wołowiny, a właściwie trzy, bo przecież przy kości smakuje zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Świetne frytki… Były jeszcze trzy sosy. Zdecydowanie najlepszy BBQ z tą mocną nutą wędzonej śliwki, na drugim miejscu tysiąca wysp podkręcony whisky. Sos czosnkowy trochę nie z mojej bajki. Już jestem taki, że jak mam jeść sos czosnkowy, to musi być tam czosnek, bo i tak czy jest delikatnie dodany czy zdecydowanie bez gumy do żucia się nie obędzie. Miło spędziłem blisko pół godziny nad tym daniem, delektując się stekiem, a po drugiej stronie stołu Ela toczyła bój z hamburgerem…

winestone5

Ciekawa historia jest z tym hamburgerem w Winestonie. W dniu otwarcia lokalu naprzeciwko mnie usiadł gość hotelowy, który chciał zjeść hamburgera i poprosił kelnera o podanie dużego. Kelner upewnił się czy na pewno duży i poszedł. Kiedy wrócił postawił przed Panem dwa hamburgery, w sumie 1100 gram jedzenia z dodatkami. Gość powiedział, że został źle zrozumiany, bo chciał jednego dużego, a nie dwa hamburgery. Okazało się, że w Winstonie duży hamburger to dwie sztuki. Można więc przyjść z bratem z wojska, albo z kumplem z fyrtla. Ela poprosiła o mniejszą porcję ze swoim ukochanym haloumi, cypryjskim serem znakomicie nadającym się do grillowania. Kotlet był soczysty i z serem zagrał świetnie. Przez cały posiłek uśmiech z ust nie schodził Eli, ona naprawdę kocha haloumi i kotlet mielony, przepraszam hamburger za to określenie, chociaż dobry kotlet mielony to wyzwanie dla kucharza.

winestone3

Po sutej kolacji przyszedł czas zadumy… zjeść deser czy nie… Z pomocą przyszedł Pan Kamil i przyniósł oszronione kieliszki i równie zmrożoną butelkę Jegermaistra.. Szkoda, że w niewielu miejscach podaje się go według kanonów jego serwowania. Słynny ziołowy trunek pozwolił tylko mnie sięgnąć po deser, ale tylko dlatego, że każde dobre dzieło wieńczy koniec. Zamówiłem fondant czekoladowy, dlatego że za chwilę zniknie z karty. Świetny, a co najważniejsze lejący po przekrojeniu. W połączeniu z lodami dopełnił wspaniały wieczór.

winestone6

Lubię zwracać uwagę na na szczegóły. Piękne filiżanki do espresso wybrał Paweł Anders. Mają uroczy kształt, dawno jeśli chodzi o porcelanę, nic mnie tak miło nie zaskoczyło.

To była niesamowita kolacja, tym bardziej, że wychodząc z Winestone buchnęła letnia temperatura. Poczuliśmy się jak na wakacjach w Hiszpanii, kiedy po znakomitej kolacji wychodziliśmy na spacer. Po chwili jednak ul. Roosvelta okazała się, że nie być Ramblą, ale kolacja została w pamięci na długo, tym bardziej, że przedłużona została śniadaniem z hiszpańską oliwa, winestonową bagietką i dukahh. Jeśli czas pozwoli to chętnie wybiorę się na stek tylko nie wiem czy na delikatnego Mignione’a czy może na męskiego Rib Eye’a. Czasu nie wiele bo ta stekowa karta jest tylko do końca września.

Jak sójka za morze, ale warto było

Jakiś czasu już, nawet dłuższy czas temu, na ul. Limanowskiego w Poznaniu zaistniała restauracja Noon w ramach Ilonn Boutique Limanowskiego. Nie pojawiłem się na otwarciu, nie mogłem dotrzeć w czasie Nocy Restauracji, bo miałem wcześniejsze zobowiązania, a potem czas płynął, a ja wybierałem się jak sójka za morze, mimo że kuchnia Romana Kosmalskiego zawsze mnie intryguje. Lubię jego poszukiwania między polskimi korzeniami, śródziemnomorską pasją i akcentami w daniach oraz angielskim doświadczeniem wyniesionym z pracy na Wyspach. No, ale wreszcie trafiłem…, ale Szef Roman oddał kuchnie w inne ręce, ogarniając ją tylko opieką.

Pretekst był jednak inny. Umówiliśmy się z Magdaleną Prusiewicz szefem sprzedaży i marketingu Ilonn by porozmawiać o Młyńskiej 12 i mieszczącej się tam Restauracji The Time, która otworzy się uroczyście 1 października goszcząc V edycję Poznańscy Kucharze Razem. Jednak bardzo istotnym elementem był lunch na Limanowskiego. Obecnie szefem jest Łukasz Tomaszewski, z którego kuchnią spotkałem się już w Kyokai SuskhiBar, a potem w Dokku Sushi u Piotra Cieślaka, gdzie przygotował fantastyczną kartę z ciepłą kuchnię wschodnią. Teraz przyszło mi poznać możliwości Łukasza w kuchni nazwijmy ją ogólnoeuropejską, tworzoną w oparciu o tą sezonowość przemijającą każdego tygodnia. To nie tylko moda, ale i wymóg na Limanowskiego.

Kiedy Roman Kosmalski przygotowywał „filozofię” tego miejsca wziął pod uwagę, że kuchnia będzie malutka, a zaplecze jest tak niewielkie, że nie można niczego kupić na zapas. Bliskość Rynku Łazarskiego i doświadczenie w zaopatrzeniu u różnych dostawców, pozwoliło stworzyć, krótką kartę stałą, ale także zmieniające się co tydzień menu degustacyjne. Cieszy się ono powodzeniem zarówno gości hotelowych, którzy cenią sobie rodzinną atmosferę w hotelu, ale także jedzenie na wysokim poziomie podane ze smakiem. Każde menu ma swojego bohatera. W tym dniu kiedy byłem na lunchu w menu pierwsze skrzypce zagrały buraki i podroby.

noon0

Buraki/Marchew/Wasabi. Z tych produktów Łukasz wyczarował coś co mnie smakowo mocno zaskoczyło. Już przed pierwszą łyżką zastanawiałem się jak to zagra. Nie kojarzę takiej kombinacji. Kolor zupy pomidorowej zabielanej. I pierwsza łyżka, tak nie mogę się mylić, delikatny domowy krem pomidorowy, lekko dosłodzony ze świeżych limów zebranych z pola. Ale po chwili wyczuwa się i burak, i marchew. Jednak jeśli zasugeruje się smakiem pierwszym, można do końca upierać się, ze bohaterami tego kremu są pomidory. Marchewka przyrumieniona na patelni daje kolejną nutę słodką do kompozycji, a pianka z wasabi wcale nie próbuje nadać ostrości, lecz chce nas wysłać w kierunku kuchni wschodnich. Ale to tylko delikatna próba.

noon1

Serce/Jeżyna/Malina/Burak/Porzeczka. Oj ile tu się działo. Na chrupiącym marynowanym plasterku buraka czerwonego przycupnęły konfitowane, bajecznie miękkie serduszka z kurczaka, które dobrały sobie do towarzystwa owocowe nuty. Zacząłem od musu z porzeczki… był chamsko kwaśny, malina i jeżyna zaś ulepkowato słodkie. Sami już wiecie, jak fajna kompozycja pojawiła się na widelcu, kiedy wziąłem ją na jeden haps. Chrupiący burka z miękką słodyczą malin i jeżyn przełamanych kwasowa porzeczką i do tego intensywnie mięsne w smaku serca. Super!

noon2

Dorada/Pyry/Boczniak/Burak/Chrzan. Perfekcyjnie soczysta dorada, troszkę bardziej chrupiącą skórkę chciałbym dostać, ale nie będę marudził. Do tego pyry… taka babka w smaku zbliżona do plyndzy i soczysty boczniak nie skażony przyprawami, zachował więc swój smak grzybowy, a właściwie umami, bo w grzybach jest go dużo. To wszystko wykończone ćwikłą. Tak może się Łukasz buntować, że to nie ćwikła, ale smak był właśnie taki złagodzony masełkiem i śmietaną. Czy to znaczy, że mi to połączenie w tym daniu nie pasowało? Pasowało, bo zaskoczyło. Dorada z burakami… a jednak.

noon3

Grasica/Kukurydza/Topinambur/Kakao. Wrócę do poprzedniego dania, bo miałem lekką obawę co do doprawiania dań. Znam Łukasz, że odważnie operuje różnymi przyprawami, a tu ryba lekko niesłona i kukurydza też. Ale biorąc kolejny kęs doceniłem, co autor chciał mi powiedzieć. Rozkoszuj się słodyczą, podkręconej karmelizowaniem kukurydzy. Delektuj się rybą, któej mięso smakuje morzem. I tak zrobiłem. Świetnie zrobiona grasica, czy jak staropolska kuchnia mówi animelka. Cieszę się, że miałem ją na talerzu, bo po modzie sprzed 2-3 lat nic nie pozostało i odeszła w zapomnienie z restauracji. A ktoś, kto lubi grasicę, potrafi docenić jej mleczne nuty. Łukasz zaproponował także puree z topinamburu, który wcześniej lekko przesmażył wyciągając z niego jeszcze bardziej orzechowe akordy. Całość posypana była kakao. To nowość. Większość idzie w czekoladę. Tu jednak była by za intensywna. Kakao przez dłuższą chwilę prawie nie istnieje. Wprawny język wyczuję tylko lekką goryczkę. Jednak zbliżając się do końca dania wyraźnie czuć kakao z mlekiem.

noon4

Figa/Miód/Tymianek. Ale to musi być słodkie pomyśleliśmy z Panią Magdą. A tu nic z tych rzeczy. Figa słodka i owszem, miód też, ale wielokwiatowy więc zamieszał w całym towarzystwie, nie mówiąc już o tymianku. Można więc powiedzieć, że była to słodycz kontrolowana. Uwielbiam figi, pamiętam jak potrafiliśmy z kolegą zjeść kilogram świeżych fig na jedno posiedzenie wyjeżdżając do Bułgarii na wykopaliska. Wtedy u nas była znana tylko figa z…makiem w ludowym powiedzeniu. Sympatyczny owocowy delikatny deser wieńczący cała degustację.

Czas mijał, ja coraz bardziej czułem się domowo, ale pora była, by ruszyć drogę. Podobnie, jak po królewsku zostałem przywitany, tak i zostałem pożegnany. Wiem jednak, że to miejsce, w którym nie tylko urzekło mnie jedzenie, ale ludzie i klimat. Wiem, że jest to miejsce, do którego będę chciał wracać, by zaczerpnąć pozytywnej energii, a tej potrzeba coraz więcej.

Ps. Tego menu już nie zjecie, ale jestem pewny, że kolejne będą równie intrygujące.

 

Na tropach Babci Irenki…

Arkady Fiedler napisał – spotkałem kiedyś szczęśliwych Indian, ja nie spotkałem, ale… trafiłem do wspaniałego miejsca, pełnego entuzjazmem młodych właścicieli. Znakomite wnętrze przy Placu Kolegiackim. Dzisiaj już wiem, że Firlejka kolejne ważne miejsce na Placu.

firlejka1

Jeśli jesteś smakoszem to musisz zjeść szyjki rakowe. Pani Aniu, to jest coś zjawiskowego. Co jeszcze warto zjeść? Mnie skupiła risotto czarne. Ale wróćmy do szyjek rakowych. Cieszę się, że je spróbowałem i mogę powiedzieć, że są zniewalające, a po tym jak je zjadłem, że są one podpisem restauracji. Przypomina mi to dawne czasy gastronomi, kiedy chodziło się na określone dania. Do Hacjendy na kaczkę, do Hotelu Polonez na polędwice a la Polonez, a do Mercurego na Tornedo a la Rosini. Dzisiaj trudno znaleźć taki podpis w poznańskich restauracjach. Szybko zmieniające się karty, pogoń za nowościami, prześciganie się produktami, powoduje, że dania są ulotne. Szyjki rakowe z Firlejki muszą być wieczne. Właściciele to młodzi ludzie pełni pasji i wierzę, że lokal prowadzić będą, kiedy ja będę chadzał na uczty do św. Piotra. Ale dopóki mego życia, będę tu zaglądał na to danie. Ono musi być tu na wieki. Dlaczego jest tak urzekające. Bo jest aksamitne, bo jest maślano-śmietanowe, bo jest przesmaczne, bo są szyjki rakowe, bo widać w nim pasję i zaangażowanie.

firlejka

Tak się rzuciłem na te szyjki rakowe, że zapomniałem napisać o sympatycznym czekadełku. Własny chleb z ziarnem słonecznikowym. Pachnący i apetyczny, a w jego towarzystwie dwie pasty. Zwykle podaje się pasty wege, albo jakieś pasztety lub smakowe masła. Ja dostałem świetną pastę – buraki z chrzanem i kurczakiem. Bardzo, bardzo… Druga, twarożek z suszonymi pomidorami. Trochę bardziej chciałbym pomidorowego smaku.

firlejka3

Spróbowałem jeszcze risotto sepia / krewetki tygrysie /musztarda / mięta. I kolejne zachwyty. Porcja potężna, gorące prosto z rondla risotto al dente, szkoda że nie lejące, ale w Polsce trudno takie zjeść, bo… Polacy nie lubią. Oki nie czepiam się, ale ja wolę luźne. Smak w punkt, a musztarda i mięta robią dobrą robotę. Krewetki soczyste i maślane, absolutnie maślane.

No i słowo o serwisie. Kelnerka zaskoczyła mnie już kiedy podała mi wodę z wyciśniętą cytryną. To mój podpis, kiedy idę do restauracji proszę zwykle o wodę gazowaną z dużą ilością soku z cytryny. Wszędzie dostaję od razu do szklanki, zdarzyło się, że nawet z pestkami, a tu… dzbanuszek z sokiem cytrynowym. Krewetki w pancerzykach podane do risotto i miseczka z wodą i cytryną dołączona do obmycia palców. Co więcej, nie było trudnych pytań, na wszystkie dostałem odpowiedzi, kelnerka znała serwowane dania, potrafiła powiedzieć o nich wiele oraz jak prawdziwy handlowiecc sprzedać to, co restauracja ma najlepszego.

I jeszcze jedno, drogi poznaniaku,który nie lubisz lokali w piwnicy, nie oceniaj po pozorach. Wejdź, a zobaczysz ile serca młodzi ludzie włożyli w to by było tam przytulnie. Ktoś napisał, że to niedobra lokalizacja bo w drodze do nikąd. Błąd. To bardzo dobre miejsce. Już wkrótce będą mówić – Urząd Miejski? A,to ten budynek obok Firlejki…

Wiem, że to nie ostatnia moja wizyta. Dzisiaj żałuję straconych dni, kiedy tam nie zajrzałem. Pani Aniu i niech Pani pamięta o Babci Irence… ona tam siedzi na fotelu przy pianinie :)

Co słychać w ogrodzie z salonem

Wiem wiem restauracja nazywa się salon z ogrodem, ale po raz pierwszy udało mi się wreszcie zjeść w ogrodzie i jak zauważyłem zdecydowana większość gości wybiera opcję ogrodową, stąd w okresie letnim, lokal powinien się nazywać ogród z salonem, bowiem rolę głównej sali przejmuje ogród. Co jadłem? Dużo jadłem, a właściwie degustowałem, a to widomy znak, że Wojciech Carlos Wojtkowiak zaprezentował nowe, letnie menu.

I… To kolejne już menu, które mam okazję degustować w tym miejscu. Niezmiennie mogę powiedzieć, że nic się nie zmienia. Nie, to nie znaczy, że jest nudno. To znaczy, że Carlos konsekwentnie buduje swoje menu z wykorzystaniem najlepszych produktów i swoich umiejętności oraz dąży do pięknego rysunku na talerzu. A co najważniejsze, menu opiera na sezonowych dodatkach. Nie są to puste slogany.

salon1

Dowód? Proszę bardzo. Na otwarcie dostaliśmy, w degustacji towarzyszyła mi właścicielka lokalu, z którą uwielbiam rozmawiać nie tylko o jedzeniu, coś piorunująco sezonowego spoza karty. Carlos zapodał nam potrawkę z bobu i kurek w pomidorach. Uderzył w mój czuły punkt. Uwielbiam bób, kocham kurki, a kiedy spotkały się na jednym talerzu, straciłem na chwilę ostrość oceny. No, bo powiedzcie sami, oceniać coś co się kocha. A jeśli doprawi się to atmosferą ogródka i smakiem gorących prosto z pieca maślanych bułeczek…. Szkoda, że nie ma tego dania w karcie, ale w menu też znalazło się kilka mocnych punktów.

salon2

Pieczona wołowina, wędzony ser, pomidor, tymianek, marynowany czerwony pieprz. To niezwykle proste danie. Plaster na plastrze, posypane pieprzem, polane oliwą i doprawione płatkami Maldona. Ale czy latem nie chodzi o prostotę i szanowanie żołądka zmęczonego upałami. Idealny początek posiłku z kieliszkiem zimnego, białego wina. Takie mięsne caprese… Bazylii jeno brak.

salon3

Jak ktoś chce jeszcze lżej, w ogrodzie z winem, w dobrym towarzystwie, to koniecznie musi sięgnąć po tatar z łososia, ogórek, rzepa, koper włoski, mascarpone. Siekany łosoś umieszany z mascarpone daje aksamitność, a chrupiące elementy warzywne świeżość i zwiewność kompozycji.

salon4

Pikantna zupa rybna z krewetkami. To jest to, na co czekałem i doczekałem się. Carlos tę zupę serwował od czasu do czasu na lunchy. Nie miałem nigdy czasu by wtedy wpaść do salonu z ogrodem. Jak kiedyś wpadłem to w lodóce w słoiku stała i czekała na mnie ta zupa. Zabrałem do domu zjadłem, oszalałem i żałowałem, ja ten milicjant z perelowskiego kawału, że mam za dużą głowę. Kochani moi czytelnicy. Gdziekolwiek mieszkacie, nie ważne, na tą zupę trzeba koniecznie przyjechać do Poznania na Limanowskiego 5. I te soczyste krewetki i chrupiąca bagietka. Obiecałem Carlosowi, że wpadnę na desery bo nie dałem rady zmierzyć się z nimi, ale jak wpadnę, pochylę się nad tą zupą i będę płakał, że się kończy.

salon5

Łosoś wędzony podawany na ciepło, potrawka z zielonych warzyw. Danie z zaskoczeniem. Wędzony łosoś przygotowywany od podstaw przez Carlosa, podawany jest na ciepło. Daje to trochę klimat wędzonej ryby wyciąganej prosto z wędzarni i do tego potrawka z zielonych warzyw min.: zielony szablok, bób, szpinak. Jest wiele dobrego w tej kombinacji.

By kupki smakowe się oczyścił i odpoczęły po rybach Carlos przygotował shota ogórkowego z ciasteczkiem z nutą parmezanu. Tak oczyszczeni ruszyliśmy w dania bezrybne :)

salon6

Krem ze szczawiu puree z pietruszki, jajko, śmietana. Jak słyszę krem szczawiowy zaraz moja pamięć kieruje się ku kultowej szczawiowej Michała Kutra z A nóż widelec. Ale to zupełnie inne bajki, poza tym, że jest to zupa ze szczawiu w postaci kremu. Która lepsza? Nie podejmuję się rozsądzać, bo i po c? Ale przede wszsytkim też dlatego, że to są tak dwie różne zupy, że takie porównywanie nie ma sensu. Knel z jajek znany już mi jest z galartu jaki był na przystawkę w wiosennej karcie. Ta z salonu z ogrodem szczawiowa jest w smaku bliżej tej zakodowanej w mojej pamięci zupy dzieciństwa. Ona zawsze miała ten charakterystyczny kwasek ze szczawianów.

salon7

Perliczka pieczona w soli rozmarynowej, puree z zielonego groszku, młoda marchew, botwina, bób. Co do perliczki czy pieczonego kurczaka podaje się w domu? Bardzo często jest to groszek z marchewką. Carlos podał je też na talerzu, ale groszek w postaci aksamitnego puree, a marchewkę pełną słodyczy gotowaną, a potem karmelizowaną. Całość uzupełnia świetny sos. Jeśli nie wiesz dlaczego warto kupić do domu na rodzinny obiad perliczkę, przyjdź i spróbuj w „salonie z ogrodem”. Docenisz jej soczystość i smak, którą może dać co najwyżej kurczak zagrodowy, kukurydziany lub z wolnego wybiegu.

salon8

Cielęcina, kurki, młode ziemniaki, młoda kapusta po poznańsku i sos cielęcy. Dla mnie to danie numer jeden z całej karty, Cielęcina wspaniale przygotowana otulona cielęcym sosem, co dało 110 procent cielęciny w cielęcinie. Młoda kapusta po poznańsku, jeśli nie wiecie jaka to jest, to zapraszam na Limanowskiego. Tak gotowały babcie mojego pokolenia. Moja dodawała więcej koperku i też serwowała do cielęciny ,albo chrupiącego mielonego lub schaboszczaka. No i te zniewalające kurki. I pewnie pofrunął bym do nieba, ale… ziemniak ściągnął mnie za nogi w dół. Ja wiem poznaniak musi mieć pyrę. Ale może w innej postaci, bo ten mimo francuskiego sposobu przygotowania w formie beczułki, jest z innego lokalu. Carlos, to już drugi raz go podałeś. Nie rób tego więcej!

No i na tym koniec. Na desery powrócę i o tym Wam napiszę. I jak zawsze czekam Carlos co wymodzisz w nowej karcie. Mam nadzieję, że dam radę ją jeszcze zjeść w ogrodzie, a jak będzie zimno to poproszę o koksownik i koc, w który się zawinę. Ten ogród ma swój czar, a jak się czas spędza z Alicją…

Kulinarna podróż z Avocado

Poznańska restauracja Avocado zaproponowała na te wakacje kulinarną podróż po świecie w porze lunchu. Od poniedziałku do piątku można delektować się smakami z całego świata. Każdy tydzień to inna prezentacja. Ja wybrałem się z Arturem Skotarczykiem, szefem kuchni Restauracji Muga na tydzień francuski. W restauracji trafiliśmy też na Davida Gaboriaud z kuchni+ . A jeśli dodam, że Artur to też specjalista od kuchni francuskiej, a kilka dni wcześniej szef kuchni Grzegorz Filozof zajął drugie miejsce w Mistrzostwach Polski w potrawach ze ślimaka, to zrobiło się bardzo francusko.

francja1

Długo się zastanawiałem co zjeść, ale postawiłem na klasyki. Zacząłęm od pate z wątróbek drobiowych z brioszką. Pate podane w słoiczku, zalane warstwą masełka. Bardzo dobre smakowo, aksamitne i dowodzące znajomość fachu u szefa kuchni. Trochę gorzej było z brioszką, bowiem się lekko kruszyła, ale być może dlatego, że Grzegorz chciał nas ugościć i podał nam gorącą z pieca, więc nie zdążyło ciasto odpocząć.

francja2

Jak klasyka to klasyka. Na drugi ogień poszedł klasyk z Marsylii, czyli zupa, niektórzy teraz mówią gulasz bouillabaisse. Kiedyś zupa biedaków. Rybacy z resztek ryb i owoców morza, których z porannego połowu nie sprzedali gotowali w jednym kotle danie. Dzisiaj jedna z droższych potraw w karcie. Zdziwiło mnie, że Grzegorz zdecydował się na taki wybór na lunch. Okrojona wersja o owoce morza, były tylko pierścionki kalmarów i zmniejszona ilość ryb, nie wpłynęły na to, co najważniejsze, czyli smak. Te tak charakterystyczne nuty kopru włoskiego i pomarańczy wyraźnie przebijały, dając możliwość poznania smaku tej zupy tym, którzy jej nigdy nie jedli. A ci, którzy jedli otrzymali radość ze smacznego lunchu. Zresztą Artur też podzielił moje zdanie. Być może Grzegorz z Arturem spotkają się by wspólnie ugotować taki prawdziwy bouillabaisse. Co myślicie o tym? Ja jestem za. Do tego chrupiąca bagietka i… no, co? Ekstaza! Od razu przypomniał mi się najlepszy bouillabaisse, jaki w ostatnim czasie jadłem. Było to u Daniela Myśliwca w Zazie Bar w Krakowie.

francja3

Jako danie główne kolejny klasyk. Coq au vin. I tu jest największy problem. Jadłem koguta w winie we Francji, ale czy to był klasyk? Nie wiem. Podobno tyle jest przepisów. ile kucharzy i ile regionów winiarskich. W klasycznym przepisie oczywiście jest to kogut i sos pod koniec gotowania powinno się wzbogacić krwią koguta, przy wersji z czerwonym winem. To co zjadłem w Avocado to był oczywiście kurczak duszony w winie, ale z cebulkami i innymi ingrediencjami ogólnodostępnymi. Było to smaczne, ale nie będę się mądrzył jak było blisko do klasyki.

Trzy dania tak obfite, że na creme bruille nie starczyło już miejsca.

To był dobry wypad i pomysł na kulinarne podróże ciekawy. Spróbowałem z tych lunchów włoskie tiramisu w wariacji Ivo Violante, no i francuskie dania. Pewnie, co tam, na pewno jeszcze zajrzę do Avocado w czasie wakacji i polecam, żebyście zrobili to samo. Z niecierpliwością czekam na hiszpańskie dania, które przygotuje Ivo Violante. A zatem do zobaczenia podczas, którejś z podróży. A ważna uwaga, jeżeli nie macie czasu w porze lunchu zjeść to zadzwońcie do restauracji zamówcie lunch na wieczór to też fajne rozwiązanie.